Wpisy

  • poniedziałek, 28 listopada 2016
    • Nową przypowieść Langil sobie kupił...

      Dzisiaj krótko, ale nie byłbym sobą, gdybym nie omieszkał sobie pośmiać się z ludzkiej głupoty. Bo nie wierze, że można tak celowo dać się poznać jako totalny kretyn.

      Steven Langil, bo o nim mowa. Potwierdzenie tezy że piłkarz może być nieodpowiedzialny. To było najłagodniejszy przymiotnik jaki wymyśliłem. Łagodniej się nie da.

      Mogę sobie tylko wymyślić, jakie może mieć tłumaczenie...

      "Piłkarz też człowiek - może zabalować. Nawet ze swoim fizjoterapeutą (pozdro maser, impreza zajebista). Przecież nie paliśmy zielska, tylko sziszę. Pomyślałem, a jebnę to na snapchata. Gdzie obserwują mnie inni piłkarze, być może inni trenerzy. Ale będą zazdrościli. Chuj tam z dziennikarzami i kibicami. Najwyżej przypał. Zdarza się nawet w najlepszej drużynie. Ale jakie wspomnienia..."

      "Trener jak zwykle musiał dojebać się do tego. Przecież nie robiłem tego w trakcie meczu w którym grałem. A co to za różnica że w tym meczu akurat grała Legia. Mój wolny czas. Miałem oglądać ten kabaret na żywo? No i jeszcze jebnęli karą. Rado i Ljuboja spotkali w Enklawie Leśnodorskiego i prawie nic się im nie stało. A Langil oberwał. Biedny ja."

      "Nie rozumiem tego, że teraz wyjebią mnie z klubu za picie denaturatu. Ty też byś przepijał to Soplicą Orzechową. Nie zrozumię jak można na zapojkę pić takie pseudoorzechowe gówno? W Martynice nie ma takich ohydnych trunków. Chłopaki załatwicie mi karton tej filotowej ambrozji, będzie co opijać we Francji. Tam tylko piją winiacze jak jakieś żule. Tu jest wyższa kultura picia."

      Pozdro Steven, było miło. Znaczy może nie miło, ale kolorytu zespołowi to żeś dodał jak denaturat chlebkowi. 

      Nowy frazeologizm Langil sobie kupił, że i przed i po szkodzie głupi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2016 19:47
  • środa, 23 listopada 2016
    • Circus of football

      Jesteśmy przeniknięci głupim przeświadczeniem, że większość rzeczy którą robimy jest głupia. Jesteśmy dziećmi, dojrzewamy, stajemy się dorośli - wstydzimy się siebie, swoich decyzji, wybryków, tego jak wyglądamy, czasem próbujemy trochę na siłę zwrócić na siebie uwagę. Czy to złe? Nie ma innej drogi na poznawanie siebie jak doświadczanie. 

      Śmiejemy się z Kucharczyków, Wawrzyniaków i innych Peszkinów. Trochę to smutne, że nie potrafimy dostrzec ich zalet. Kucharczyk mimo, że taki beznadziejny, to nadal kawał piłkarza na nasze warunki, Wawrzyniak - blisko 50 występów dla reprezentacji, Peszko - nie raz ratował nam skórę w ważnych meczach. Rozumiem, że media lubią znaleźć sobie pole do żartów i cisnąć z tego powodu. To łatwe - zawsze najprostszy jest humor. Powoduje on, że możemy zamaskować swoje niedoskonałości. 

      Oglądałem wczorajszy mecz. Znamy wynik. Jaki ten mecz był, taki był, może i słaby pod względem piłkarskim. Mało jednak zauważa tego, że strzeliliśmy w Dortmundzie cztery bramki. Kurde, cztery. To się nie zdarza zbyt często. Graliśmy fajnie w piłkę, gra była otwarta, nie było nudy. Prawda, przegraliśmy i to sporo, ale czy dla tych emocji nie było warto?

      Część mediów zamiast zauwazyć FENOMENALNEGO spektaklu, zaczęła nagonkę po Cierzniaku, Czerwińskim i innych. Straszne to że swoje ego musimy pompować czyjąś porażką. A wiecie co wam powiem?

      Jest taki film Cyrk Motyli (polecam, krótkometrażowy). Krótko zacytuje dialog między właścicielem tytułowego cyrku Panem Mendezem, a bezrękiego i beznogiego Nicka Vujicica, który gra w tym filmie Willa, który uciekł z cyrku gdzie pokazywano go jako postrach w budzie.

      - "Każdy cyrk coś pokazuje. Ludzie przyjeżdżają zewsząd żeby nas zobaczyć.

      - A czemu przyjeżdżają, Will?

      - Twoja buda mogła by być inna.

      - Nie. Nie ma nic inspirującego w wystawionej na pokaz niedoskonałości. Widzisz Will, tu jesteśmy szczęśliwi."

      7:08 - 7:50

      "Nie ma nic inspirującego w wystawionej na pokaz niedoskonałości". Mógł Magiera przewalić ten mecz 0:4? W zasadzie może nawet mniej, ale po co pokazywać wady. Pokażmy swoje zalety. Cieszmy się, bawmy. Przecież to też cyrk i to wcale nie z tej negatywnej strony.

      Legia przez wielu jest traktowana jak Nick Vujicic. Skazana na beznadzieje, bo przecież brakuje tam piłkarzy, jakości, wszystkiego. Wydaje się, że jest wepchnięta na siłę do nie pasującego układu. Są inni niż wszyscy, ale mają zdecydowaną przewagę w zdobywaniu sukcesu.

      "Im cięższa jest walka, tym wspanialsze zwycięstwo"

      Niekoniecznie wygrany mecz musi być zwycięstwem. Ważne żeby pokazać coś fajnego. Coś co zapadnie w pamięć. Ten wczorajszy mecz, na pewno zostanie. Do samego końca. Każdy może się przepoczwarzyć w motyla. Trzeba tylko mieć odwagę, polecieć w nieznane, zaryzykować. Magiera i Legia wczoraj mieli taką odwagę i za to chłopaki - DZIĘKUJĘ!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      środa, 23 listopada 2016 21:54
  • czwartek, 17 listopada 2016
    • Raz jesteś królem, a raz nikim...

      W mediach można zauważyć dość głupią tendencję do wychwalania ludzi po jednym przebłysku. Jak zdolny, wiecznie młody 29-latek kopnie raz prosto piłkę, to wsadzamy go do reprezentacji i wysyłamy na zagraniczne wojaże. Rozumiem, że brakuje nam w kraju talentów i szukamy chociażby nadziei na znalezienie rodzynka z tym zakalcowatym polskim futbolu. Często robimy im jednak wielką szkodę - media zazwyczaj psują piłkarzy czy trenerów.

      Zazwyczaj - nie zawsze, nie uogólniam. Zauważam, że dziennikarze potrafią zagłaskać na śmierć, tą piłkarską śmierć. Każde zagranie takiego prospekta (tylko czy to czasem może mieć powyżej 25 lat) równa się wręcz orgazmem komentatora. Felietoniści zastanawiają się czy "a może nie Barcelona?" (pozdro Roman K.), a reszta to kupuje. Ludzie na piłce się nie znają, sugerują się zdaniem pseudoekspertów. A piłkarze - szybko się przyzwyczajają do tej wygody, że i tak będą usprawiedliwieni: "Słabszy mecz, ale on kiedyś pokaże..."

      Boję się, że bardzo podobnie może być z Jackiem Magierą. Od początku wszedł do grona ulubieńców dziennikarzy, gdy sprzeciwił się Henningowi Bergowi, postaci wtedy często irytującej, którą pismaki zaczęli mocno hejtować. Pasował do konwencji pisania w stylu antyBerg. Potem analizy na EURO, gdzie ładnymi zdaniami zapewniał dziennikarzy dookoła, że może być prototypem piłkarskiego dżentelmena. W świecie agresywnych, krzyczących i obrażających wszystko dookoła trenerów - wyjątkowy prawdziwek.

      A teraz ich ulubieniec stał się trenerem Legii. Z mediów nie usłyszymy złych komunikatów o tej osobie - to bardzo spokojny, opanowany, kulturalny, taktowny... (i tu przymiotników można mnożyć, wyłącznie tych pozytywnych) człowiek. Ja nie mówię że to zły trener, bo być może nawet świetny. Ale musi to pokazać przez długi czas. Przed meczem z Realem "naprawiał błędy Hasiego", po jednym (!) bardzo dobrym meczu, pojawia się w gronie kandydatów na następnego selekcjonera.

      Dla na dłuższą metę, zabranie mu takiego chamstwa, które jest niezbędne do ogarnięcia tych "przygłupich chłopców w przykrótkich majtkach". To zbyt ułożony facet, albo takiego gra. Piłka nożna to emocje, to nieprzewidywalność, trener ten wątpię, że da to swojej drużynie. Jan Urban też na początku wykręcał wynik, a teraz? Na top polskich klubów, już nie ma co liczyć. Boję się że to samo stanie się z Magierą.

      Istotne by media nie zagłaskały pana Jacka, bo podstawą rozwoju jest umiejętność przyjmowania krytyki. Jeśli jej nie dostaje, to jak niby ma się rozwinąć? Złota prawda - w polskim sporcie jest się albo królem, albo zerem, albo nikim. Oby Magiera mógł być królem, jakim staje się Nawałka. Naprawdę mu tego życzę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 listopada 2016 14:33
  • niedziela, 13 listopada 2016
    • Czy jestem przygłupi?

      Pozwolę sobie na małą prywatę i pozwolę przeprosić za moje wcześniejsze słowa dotyczące reprezentacji. Zamknęli mi usta, na słowa krytyków wyłożyli potężną laskę i zagrali najlepszy mecz reprezentacji jaki miałem okazję obejrzeć. Po raz pierwszy od dawna, byłem dumny i za to chłopaki dziękuję.

      To tak nawiasem mówiąc, dzisiaj tekst o czymś innym.

      Paweł Zarzeczny, jeden z moich ulubionych dziennikarzy, twierdzi że piłka nożna, to gra dla przygłupich chłopców w krótkich majtkach, dla przygłupich kibiców w trochę dłuższych majtkach. Generalnie to prawda. Odnoszę wrażenie, że każdy kto pasjonuje się sportem jest w pewnym sensie nieco niedojrzały.

      Wielokrotnie wspominałem, że sport to największa na świecie sztuka teatralna, która swoją autentycznością, powoduje u nas emocje - pozytywne, negatywne, czasem chcemy tych piłkarzy gloryfikować, a często wręcz zabić. Czy to nie głupie? Naśmiewamy się z twórczości Biebera, fabuły Zmierzchu czy innych postaci popkultury. A czy my sami nie robimy tego samego?

      Nadajemy pewnym wydarzeniom sportowym przesadny wydźwięk, porównujemy to do istotnych wydarzeń historycznych czy wręcz mitologizujemy mecz. Śmiejesz się z fanek Biebera, że są w stanie zrobić dla niego autentycznie wszystko? A czy my przypadkiem niezbyt często wręcz spuszczamy się do goli Messiego czy innych Lewandowskich?

      Sami sportowcy, nie ukrywajmy, to nie są geniusze. U większości z nich, twarz jest nieskalana intelektem. Oczywiście nie u wszystkich. Ale część ze sportowców robi to po prostu, bo Bozia dała talent w mięśniach, a nie w głowie. Zresztą emerytury czy to piłkarzy czy innych często pokazuje, że kiedy kończy się ich pięć minut, to idą na dno. Bo życie to nie boisko, kopanie gumowo-szmacianego nadmuchanego balona, jest fajnym trickiem, ale małpy też chętnie skaczą po banany.

      Ta jakże durna refleksja przyszła do mnie po tym meczu. My trochę zaczynamy przeceniać pewne rzeczy. Jaki byłby nastrój weekendowy fanów futbolu, gdybyśmy jednak ten mecz sromotnie przegrali? Raczej słaby. A tak dzięki temu że 11 chłopaków wygrało jakiś tam mecz, to pół Polski chodzi rozradowane. Jakie to z jednej strony głupie, że kilkunastu gości tak wpływa na zachowanie tak wielkiej rzeszy osób.

      Tak wielkiej rzeszy osób w tych trochę dłuższych majtkach. Tylko czy ja też się do niech zaliczam?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      niedziela, 13 listopada 2016 15:56
  • czwartek, 10 listopada 2016
    • Droga do gwiazd

      Kto by pomyślał? Siedem lat temu nawet nie tyle co MMA przenikało do świadomości Polaków, co inne podejście do sportów walki. Pudzian kontra Najman - w hali ponad 10 tysięcy osób, przed telewizorami ponad 6 milionów. Nieprawdopodobne liczby, jak na tamten czas. Dziś jesteśmy dwa dni przed najważniejszą walką polskiej wszechstylowej walki wręcz, walki o pas UFC w której zmierzą się dwie Polki. 

      Jedna z nich to Karolina Kowalkiewicz, wywodząca się z krav-magi Łodzianka. Przebyła niesamowitą drogę. Najpierw wskoczyła w zastępstwo na turniej do 55 kg o pas KSW, który wygrała przekonująco na KSW 23, potem kilkukrotnie broniła go, po czym czmychnęła do UFC. Trzeba wiedzieć, że bardzo ciężko, szczególnie mistrzom KSW przejść do innych organizacji, ale to świadczy o jej uporze i chęci dążenia do prawdziwego mistrzostwa.

      Jeśli ktoś uważa że fighterki są brzydkie i ogólnie nie mają nic wspólnego z pięknem, to wpiszcie sobie jej nazwisko w googlach. Genialna pod względem wizerunkowym osoba do promowania tego sportu.

      Druga to obecna mistrzyni UFC Joanna Jędrzejczyk, o której pewnie mniej więcej słyszeliście. Pochodzi z Olsztyna, w którym trenowała, niedawno przeniosła się do Stanów. Wygadana, agresywna, umie sprzedawać emocje przed walką. Znakomita strikerka, obijająca niemiłosiernie swoje rywalki. Też nie miała łatwej drogi do UFC, ale kiedy tam dotarła od razu trafiła w oko, szefa organizacji Dana White'a.

      Wielu z nas nie zdaje sobie sprawy jak wielki pojedynek przed nami. Ameryka przegryza paznokcie przed tym pojedynkiem. Obie panie mają nieskazitelne rekordy (12-0 Jędrzejczyk, 10-0 Kowalkiewicz), prezentują się ciekawie w oktagonie i generują duże zainteresowanie. Znajdują się jako co-main event na karcie walk, zapowiadającej się na najlepszą galę roku UFC 205, która odbędzie się w Nowym Yorku, w słynnej Madison Square Garden, gdzie walczyć będą takie gwiazdy jak Conor McGregor.

      Pojedynek odbędzie się w sobotę. Jestem osobiście mega zajarany tą walką, osobiście kibicuje Karolinie, chociaż jest underdogiem w tej walce. No cóż, faceci zawsze mają słabość do pięknych kobiet... :) Nie mniej wierzę w to, że klincz Karoliny, w którym zadaje bardzo skuteczne łokcie i kolana ustawi ten pojedynek i sprowadzi Jędrzejczyk do parteru, a jak nie to wypunktuje rodaczkę na kartach sędziowskich. Fani Joanny liczą na fajerwerki w stójce. Jeśli rywalka na to pozwoli, to zawodniczka z Olsztyna będzie prowadziła istną masakrę, co pokazywała m.in. w walce z Jessicą Penne.

      Niemniej chciałbym jednak zauważyć, że to też pokazanie jak długą drogę trzeba przejść, aby trafić do takiego miejsca. Jędrzejczyk, jako była zawodniczka muai thai musiała zmieniać branżę, aby w ogóle zarabiać na sporcie. Kowalkiewicz nie było stać na spodenki do pierwszej walki zawodowej i kupiła je w lumpeksie za piątaka. Dziś, Nowy York wygląda tak:

      fot. facebook Łukasza "Jurasa" Jurkowskiego

      Można przejść każdą drogę, trzeba tylko chęci i pracy. I obie panie są tego przykładem. Oto droga do gwiazd - ból, krew, pot i łzy. A potem też łzy - szczęścia albo rozpaczy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Droga do gwiazd”
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 listopada 2016 14:26
  • poniedziałek, 07 listopada 2016
    • a koniec tej historii będzie smutny...

      Dzisiaj krótko. Nie ma się co rozpisywać na ten temat. Nawałka ewidentnie zaczyna tracić tą reprezentację. Patrzę na listę powołanych i żadnych tu niespodzianek, wręcz aż niespodzianką jest to, że wszyscy są. Ci którzy grali i Ci którzy schlali.

      Faken poszedł drogą ostatniego ostrzeżenia. Że raz się mogło zdarzyć, teraz jak jeszcze raz, to ... no właśnie chyba gówno. To nie są chłopcy lat 15, tylko lat 25, a Boruc to nawet 36 lat. Ja wiem, że piło więcej i trzeba by było zrobić rewolucję. Ale generalnie podważył pan, Panie Adamie, swój autorytet. Bo Boruc, to śmieje się Panu w twarz. Przypał w kadrze po raz trzeci. I powinien być po raz ostatni. I teraz też uważacie, że Boruc przyjął to do siebie na poważnie, że więcej tego nie zrobi? Bzdura.

      Ma Nawałka szczęście, że Lewy się nie wkurzył i nie dał ultimatum. Bo ja na jego miejscu bym dał - jeśli chlanie i drużyna to ja mam wyjebane. I co najgorsze, to on w tej chwili odpowiada za ten rozgardiasz. Jest kapitanem statku, który nabiera wody, ale na razie płynie do celu. Czy dopłynie? Może dopłynie siłą rozpędu, a może zatonie na samym finiszu.

      Nawałka już nie jest kapitanem tego statku. Nie był w stanie wyrzucić rozbitków. Zdecydował Lewy, zresztą to nawet wersja oficjalna. A koniec tej historii będzie smutny, bo taki być musi. Polska przegra z Rumunią, spadną morale, Lewy się wkurzy, a bankiet będzie trwał. No bo niby co się im zrobi? Lepszych przecież nie ma.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 listopada 2016 20:41
  • czwartek, 03 listopada 2016
    • Od zera do bohatera

      Scenariusz niczym z dobrego hollywoodzkiego filmu. Kompletny underdog, który odnosi zupełnie nieplanowany sukces. Historia znana, oklepana, niczym mata przez Najmana czy Boba Sappa. Tak - Bob Sapp to teraz synonim żenady i kompromitacji. Niegdyś był symbolem siły i agresji. Tym sposobem, bez specjalnych umiejętności udało mu się dwa razy pokonać mistrza K-1 Ernesto Hoosta. Dziś jest pośmiewiskiem. Świat bywa przewrotny - raz jesteś na dnie, raz na szczycie. Takie chwile jak wczoraj właśnie to pokazują. 

      Zacznijmy od wyjaśnień póki będzie za późno i wszyscy uwierzą że Legia może wszystko. Otóż nie może. Piłkarze stołecznego klubu zagrali wczoraj na 95% swoich możliwości, jak nie więcej, a Real - na 10%. Oto wytłumaczenie teoretycznie niemożliwego. W normalnych okolicznościach byłby tradycyjny, zresztą de facto raz otrzymany, oklep. Dopomógł Zidane, który tą taktykę to znalazł chyba w Lays'ach. Ja rozumiem Legia, Rzeźniczak jako stoper, ale 4 napastników to przesada. Nawet przez pryzmat tych teoretycznie sprzyjających okoliczności.

      Legia w tym meczu miała furę szczęścia - te podobno sprzyja lepszym. Czy jednak stołeczny klub był wczoraj lepszą drużyną? Oczywiście że nie, remis był słusznym wynikiem. Fajnie, że jednak ten punkt zdobyli, ale to i tak nadal tylko jeden punkt. Pragnę podkreślić, jeden punkt na możliwych 12. Real ma 8, Borussia 10, Sporting 3. Bilans bramkowy: 4-16. Z tego wynika, że średnio Legia dostaje 1:4 na mecz. Przepaść. I ja wiem, że Legia nie ma się jak do tych drużyn porównywać pod różnymi względami, ale nie traktujmy Legii się jak upośledzone dziecko. Że jak zrobi cokolwiek, postawi się czy nawet tylko spróbuje - to fajnie. Nie, wcale nie fajnie. W sporcie chodzi o wygrywanie. Nie wygrywasz, to przegrywasz. Jesteś sportowcem i przegrywasz to jesteś słaby. Proste to jak dwa razy dwa.

      Warszawiacy tylko i wyłącznie zamazali wstyd, po dwóch porządnych łomotach i ewidentnej, choć nie tak dotkliwej porażce. Nawet ten remis, nie zakryje 0:6 i 1:5. Nie da się tak. Nie kupuje wymówek, że to Liga Mistrzów i dysproporcja między klubami jest spora. To tak jak by żebrak wszedł na salony i dziwił się, że go tam nie chcą. Jak nie umiesz sobie poradzić, chociaż to bardzo trudne, to nikt Cię tam nie będzie chciał. Przecież nikt nikomu nie będzie specjalnie podawał ręki, to jest biznes, tu się wszystko musi opłacać.

      A paradoksalnie wczoraj opłacało się być na meczu bez kibiców, a jak nie na żywo to chociaż przed TV. Nie zmarnowałem 2 godzin. Widz (ja) był zadowolony, a spektakl się udał. Wczoraj Legia zagrała na miarę Ligi Mistrzów.

      Co do samej postawy Legii, w tym meczu, to mogę ją skonkludować dwoma wyrazami - Michał Pazdan. To nieprawdopodobne - Michał jeszcze nie jest do końca zdrowy, ale ma na niesamowite chęci i swoim (tak mi się zdaje) jestectwem uspokaja grę od tyłu. Ten facet to taki chodzący amulet - mamy Pazdana, gramy lepiej w obronie, czy to w klubie, czy reprezentacji. A co dziwne - nie jest to stoper gwarantujący spokój, popełnia błędy, ale po prostu swoim boiskowym gangsterskim wręcz stylem grania, terroryzuje napastników innej drużyny. Brazylijskim El Fenomeno był Ronaldo (ten prawdziwy), polskim jest Pazdan.

      Co dalej z Legią? Będzie im dużo ciężej. Od wczoraj nie są już chłopcami do bicia, są facetami którzy o mało nie wygrali z Realem. Każdy - czy to w Lidze Mistrzów czy Europejskiej będzie zwracał dużą uwagę na grę Odidji-Ofoe, który stał się kreatorem jakiego Legia nie miała od długiego czasu, będzie znał zwody Radovicia, będzie wiedział że Guilherme ma płuca ze stali, a Prijović ma błysk. W Polsce już się na tej Legii znają - powstrzymują jej mocne i wykorzystują słabe punkty. Europa nie wiedziała. Od wczoraj Sporting i Borussia już wiedzą.

      A co najdziwniejsze w tym całym wydarzeniu. Nadal nie wierzę w długoterminową i skuteczną pracę Jacka Magiery w tym klubie. Dlaczego? To może w innym wpisie.

      Co tym meczem zyskała Legia? Hajs? No tak, 0,5 mln jełro piechotą nie chodzi. Kibiców - pewnie nie. Szacunek? Ciężko powiedzieć. Na pewno Wojskowi mogą czuć satysfakcję - od zera z Borussią, do bohatera z Realem. Jak na zespół który jeszcze niedawno był utożsamiany ze wstydem, fajna zmiana co nie? :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 listopada 2016 13:45
  • czwartek, 27 października 2016
    • Pomarzyć dobra rzecz

      Szczerze mówiąc, to nigdy nie chciałem zostać piłkarzem. Wielu chłopaków w młodym wieku o tym marzy - chcą być jak Ronaldo, Messi czy ostatnimi laty jak Lewandowski. Ja nie. Po co to piszę? Dziś chciałbym się podzielić swoim marzeniem. Pomimo tego, iż nie chciałem być piłkarzem, to marzę (a może nadal chcę) pracować w innej roli w sporcie.

      Nie chciałem być piłkarzem, bo po prostu wiedziałem, że nie mam talentu w tą stronę. Być trenerem, dziennikarzem czy nawet kierownikiem drużyny piłkarskiej, sportów walki - jak najbardziej. Pewnie nie koszykówki, szczerze jej nie znoszę. Chciałem po prostu brać udział w tym wielkim teatrze, bo nie zapominajmy, że sport nim właśnie jest. Lubie te emocje, często skrajne, płynne balansowanie miedzy porażką i zwycięstwem, smutkiem i porażką. 

      Dziś moje marzenia pozostają cały czas gdzieś głęboko we mnie. Z jednej strony chciałbym podjąć rękawicy i spróbować, z drugiej - nie wydaje mi się, że to taki łatwy kawałek chleba jak mi się wydaje. Stres zabierający kilka jak nie kilkanaście lat życia, nieustanny brak spokoju, otaczające media - to odstrasza od wizji człowieka sportu. Chociaż z drugiej strony życie bez emocji, niepewności to strasznie nudne życie. Ono jest za krótkie, żeby je wynudzić, nabrać pewnej rutyny.

      I teraz jedyną odskocznią do tego futurystycznego, mocno oddalonego dla mnie świata jest ten blog. Ma on mało wyświetleń, mało osób go czyta. Regularnie - pewnie w ogóle nikt, gdyby nie regularny spam na Facebooku. I z jednej strony pokazuje mi to, że musi istnieć chociażby jedna z tych kilku kwestii:

      a) jestem słaby i nudny

      b) mało kto się interesuje sportem

      c) mój styl pisania jest do bani

      d) mam zbyt wąskie grono odbiorców

      A może nawet kilka, a nawet wszystkie są prawdziwe? Tego nie wiem, często łapałem się na swoim pesymizmie mimo chęci bycia obiektywnym. A wobec siebie - jest to niezwykle trudne i nie wiem czy ktoś potrafi być obiektywny. Jeśli ktoś umie, wielki szacun dla tej osoby.

      Marzenia mają to do siebie, że często się nie spełniają - tak mówił klasyk. Ja zaś powiem, że nikt wam waszych marzeń nie podaruje w zapakowanej torbie z kokardką. Trzeba o nie walczyć, nawet jeśli cały świat jest przeciwko Tobie. Realizacja celów mimo problemu cieszy wielokrotnie, dlatego pomarzyć: dobra rzecz. :) 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 27 października 2016 15:29
  • czwartek, 20 października 2016
    • Nowa miara wstydu

      1:5, czyli jak porażkę przekłuć w sukces.

      Co za masakryczna bzdura. A tak pisały jak jeden mąż wszystkie dzienniki, programy, strony internetowe po meczu Legii. Stołeczni otrzymali porządną lekcję futbolu - to jest najłagodniejsze podsumowanie tego meczu. I jakiekolwiek usprawiedliwianie, pisanie że styl lepszy niż wynik... to jawna kpina z tych, którzy czytają te wypociny.

      Złota zasada mediów - trzeba pisać to co ludzie chcą usłyszeć. Czy ludzie jednak chcą słyszeć o takich "sukcesach" Legii? I tak to wszystko widać, nie trzeba być geniuszem żeby widzieć, że coś tu nie gra. Mecz ostro w tubę, a media piszą o dobrej grze, że były momenty. Gówno prawda. Tak samo można powiedzieć, że Radović strzelił, a Ronaldo nie. Czy tak było? Jasne, ale wyciąganie fragmentów czy tych elementów które były pozytywne to nieśmieszny żart, pokazujący że nie ważne czy czytasz GW czy Superaka - wszystko jest taką samą wymiociną.

      Generalnie, ja wiem o co chodzi tym mediom - o przepaść na wszelkich poziomach: sportowym, organizacyjnym, finansowym. Natomiast robienie z Legii upośledzonego dziecka, które trzeba oceniać specjalnie jest durne. To nie paraolimpiada, a Liga Mistrzów. Tam nie ma miejsca na równość, specjalne traktowanie. Na tym poziomie występuje naturalna selekcja, ludzie nie chcą patrzeć na takie blamaże. Kibic płaci, kibic chce sobie spokojnie pójść na stadion i zobaczyć dobre widowisko. Gwiazdy, bramki, zagrania - show najwyższej postaci. Na stadion Legii na ten moment żaden fan Ligi Mistrzów nie będzie chciał zobaczyć. Więc jak mawiał trener Wójcik - "nara, adios, kąp się".

      Osobny akapit poświęcę kibicom (?) Legii. Nie będę znęcał się nad tym bydłem robiącą wieś. Oni sami się kompromitują. Chciałbym apelować do tych "normalnych", wiernych supporterów. Kiedyś chciałem bronić tych ludzi, nie wrzucając wszystkich do jednego worka, bo kibic to nie zawsze kibol. Ale ostatnio przemyślałem sprawę i nie da się ich bronić. Tak do was to mówię - tych którzy, odcinają się od bydełka, jednocześnie razem z nimi krzycząc na stadionie jedne te same, często uwłaczające innym hasła.

      Kibicu Legii, chcąc nie chcąc jesteś przedstawicielem tej grupy. Możesz mówić, że to nie Ty, to ludzie niezwiązani z klubem, ja idę popatrzeć i pokrzyczeć, a on wyrywać barierki i krzesełka. Ale to on jest w obrazku telewizji i obok jest nazwa "kibic Legii". Czyli tak jak Ty. Jedziecie na jednym wózku. On robi trzodę, a Ty za to cierpisz. Rozwiązanie jest jedno - to Ci normalniejsi muszą przejąć tych prymitywów. A jeśli tego nie zrobicie - zostaniecie skompromitowani. Chcecie oglądać Real w Warszawie nie tylko przejeżdżając koło supermarketu? To nie przerzucajcie tej odpowiedzialności na właścicieli czy prezesów. Legia to Wy? Pokażcie to teraz.

      W zasadzie to dobrze by było, gdyby Legię z tych rozgrywek wyrzucili. Kończ waść, wstydu oszczędź. Legia wprowadziła nową miarę wstydu. To nie powód to dumy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 października 2016 17:51
  • czwartek, 13 października 2016
    • Nawałki pamięci - żałobny rapsod

      Powtarzam to cały czas, powtórzę i teraz: Nawałka to jest jakiś mag, podpisał kontrakt z diabłem czy coś w ten deseń. Nie ma logicznego uzasadnienia, dlatego co wczoraj zdarzyło się na Narodowym. A co się wczoraj zdarzyło? Polska wygrała z Armenią. Gdybym był urodzonym optymistą, to zamknąłbym relację w tym właśnie zdaniu. Nietaktem byłoby jednak pominąć milczeniem to co działo się na boisku.

      Nie przewidziałem tego że zagra Teodorczyk. Byłem przekonany, że selekcjoner tak nie zrobi, bo to wariant nie przećwiczony, niepewny. I gdyby nie wynik - który zamazał obraz gry - to za ten pomysł samobiczowałby się Nawałka. Gra Polaków wyglądała tragicznie, delikatnie ujmując to co miałem na myśli wczoraj, oglądając to spotkanie. Brak pomysłu, wykonawców, wariantów. Pełno błędów, złe wybory pojedynczych piłkarzy.

      Wniosek jest jeden, niestety bardzo bolesny. Nawałka z dobrego wujka przeistoczył się w niezłego frajera, który będzie przymykał oko na kolejne w historii olewanie kadry. Ktoś się poświęci, ktoś inny będzie udawał że się poświęca. Dzisiaj w gazetach pojawiły się artykuły, że chlanie i imprezowanie podczas zgrupowania za Nawałki, to nie bujda, ale stały element tegoż wydarzenia. I wiecie co? Może to i domniemania, może część to mitomaństwo, ale za dużo rzeczy tu pasuje. Przecież do kurwy nędzy: męczyliśmy się z chujową Armenią, gdzie powinniśmy ich rozjechać obudzeni po dobrej imprezie o 3 rano. Nie ma żadnych usprawiedliwień.

      I jasne, nie ma co krytykować jednostek które są siłą i bez ich udziału nie ma w ogóle zalążków dobrej gry. Ale niektórych osób po ostatnim spotkaniu nie chce widzieć na zgrupowaniu. I być może nie mamy następców, na ten moment. Warto jednak poszukać kogoś z kapelusza. Kadrę z eliminacji EURO charakteryzowała zaciętość, walka i nieustępliwość. Niekoniecznie umiejętności. Teraz ten zespół kojarzy mi się z butą, nieuzasadnioną pewnością siebie. I totalnie durnym narcyzmem.

      Kiedyś jak przyjechali na kadrę zawodnicy młodzi, niedoświadczeni, to patrzyli na Lewego jak na obrazek - widzieli jak trenuje, jak się żywi, jak podchodzi do meczów. Dziś Lewego mają na wyciągnięcie ręki, a obrazek się znudził. Oni spełnili swoje przyziemne marzenia - zostali piłkarzami, mieli swoją chwilę sławy, dzięki której mogą odcinać kupony i zarabiać kupę kasy - mimo tego, że zarabiają je bardziej na opinii, tego że byli w drużynie która doszła do 1/8 finału ME. Bo grać to nie za bardzo pograli.

      Być może pytania na tej osławionej konferencji prasowej, gdzie zawodnicy urządzili sobie podobno z dziennikarzy tarczę do kaczek, były durne i głupie, ale generalną zasadą profesjonalizmu jest odpowiadanie nawet na te najgłupsze pytanie. Taki wasz zasrany obowiązek. 

      Ktoś pyta - dlaczego kadra wychodzi w drugiej połowie taka rozluźniona, bojaźliwa. Odpowiedź jest prosta. Prowadzimy, a niektórym wydaje się że są wielcy. Że przeciwnicy rozłożą nogi przed takim rywalem jak Polska. Panowie, bądźmy poważni, oni boją się Lewego nie was. I mają rację - was się nie trzeba bać, was trzeba jechać po rajtach.

      Czy to początek końca tej kadry? Wydaje mi się to nieuniknione. Wystarczy porażka, w dodatku z teoretycznie słabym rywalem. I wszystko się sypie. Czarów Nawałki zabraknie, bo zbudował wielkie polskie ego, które trzeba łechtać wygranymi. A jeśli się nie wygrywa zaczną się fochy i kłótnie - wtedy będzie już za późno. A kiedy nie przegrać, jak nie z Rumunią. Oni na nas czekają. Nie może być dla niej lepszej informacji niż nasza wygrana z Armenią. Połechtane ego piłkarskich cymbałów - jak mawiał Wójcik, idealni frajerzy do ogolenia.

      Chyba że "Faken" dokona wstrząsu - ostatni moment. Tylko czy on przypadkiem delikatnie nie wystawia białej flagi, tuszując tą całą sytuacje? No i jak ten wstrząs zrobić? Tu chyba nawet Harry Potter był rozłożył bezradnie ręce. Polaków zawsze sukcesy prowadziły bezpośrednio do wielkich klęsk. Czas jednak zacząć patrzeć na sprawę obiektywnie. Nie mówić, że Polacy uratowali wygrany mecz strzelając bramkę w ostatniej akcji meczu, tylko że Polacy cudem wygrali po bardzo słabym meczu. Nie ma co tuszować, bo jak wyjdzie, to będzie strasznie śmierdziało. Trupem po tej kadrze.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      nadtokontrowersyjny
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 października 2016 13:14